Forum o powiększaniu penisa i potencji.
![]() ![]() |
19.05.2009, 11:41
Post
#1
|
|
|
Amator ![]() ![]() ![]() Grupa: VIP Postów: 30 Dołączył: 2-01 09 Użytkownik nr: 23,799 |
Kiedy usłyszałem pukanie w drzwi, zakląłem szpetnie.
- Chwileczkę - zawołałem. Ponowne pukanie; silniejsze. - Jeszcze chwileczkę! Zaczepiłem już obie stopy zrównoważyłem ciężar ciała i zawiesiłem palce w sterownikach. Zasunąłem zamek błyskawiczny i obróciłem się, by jak zwykle popatrzeć na siebie w lustrze, skinąłem głową do swego odbicia i poszedłem w stronę drzwi. Nie gestem przystojnym mężczyzną. Mam zbyt dużą głowę, nabrzmiałą twarz, a mój wygląd zdradza nadwagę. Brwi rysują się mocną kreską ciemnego brązu. a włosy zlepiają w pasemka i sprawiają wrażenie dawno nie mytych już w pięć minut po umyciu. Za to moje oczy mają nieprawdopodobny odcień błękitu, przykuwam wzrok każdego i nie zwalniam - jak przyszpilonego na stałe motyla. Moje oczy tak samo działają na mnie, kiedy zapomnę się i zbyt długo patrzę w lustro. - Earl, czy jesteś już gotowy? To był Dubrey. Paul jest jednym z tych drobiazgowych managerów, którzy spoglądają na zegarek pięć razy w ciągu dziesięciu minut i sami są sobie winni, że nabawiają się wrzodów. - Mnóstwo czasu, Paul - odpowiedziałem. Obdarzyłem go jednym z mych ciepłych uśmiechów i spojrzeniem szczerych, niebieściutkich oczu. - Nie chciałem ci przeszkadzać, Earl - powiedział. Poraża go zawsze mój uśmiech i ponieważ jest taki nerwowy, wyrzuca z siebie słowa w tonie zaczepnym. - Już jestem gotowy - odpowiedziałem. - Potrzebujesz pomocy? Znowu uśmiechnąłem się do niego. - Nie, dziękuję ci, Paul. Wszystko w porządku. Jego golf wokół szyi zabarwił się od potu na brązowo. Występ był zupełnie standardowy. Miasto na środkowym zachodzie, liczna widownia. Publiczność daje odczuć, że przyszła bardziej z poczucia obowiązku niż dla innych powodów. Sala wypełniona, lecz brawa zdawkowe. Zagrałem zestaw: na początek Mozart, by poczuli się jak u siebie w domu, potem Satie, Carter, a na koniec mój własny utwór, zagrany z brawurą. Żadnych bisów. Steinway w tym czasie zdążył już się rozstroić - w sali zalegała wilgoć. Uprzejme oklaski, standardowy ukłon i zejście ze sceny. Kolejny wykonawca na jeden wieczór zrobił swoje i może odejść. Kultura dla mas. Kiedy wróciłem do garderoby, zastałem, jak zwykle, z pół tuzina miejscowych przedstawicieli władzy, którzy czekali nerwowo, by uścisnąć mi dłoń. Ktoś umieścił dekorację z kwiatów przed lustrem, dzięki czemu wyglądała na jeszcze raz tak dużą. Paul dobrze wszystko zorganizował; w końcu jest to część jego zawodowych obowiązków. Uśmiechałem się ciepło i słodko, pozwalając, by ściskano mi obie dłonie. Wreszcie pokój opustoszał, pozostał tylko Paul i dziewczyna. - Dam sobie radę, Paul - powiedziałem. Popatrzył na mnie nerwowo i wykrztusił, że idzie na rozmowę z szefem sceny. Wyszedł, zamykając za sobą drzwi. Dziewczyna wyglądała na młodszą niż zazwyczaj, a jej styl wypowiedzi nie był najwłaściwszy. - Och! - powiedziała, gdy drzwi się zamknęły. - Och... Podszedłem do lustra i przełożyłem kwiaty na podłogę. Lubię spoglądać w lustro. - Proszę usiąść - zaproponowałem. - I rozluźnić się. Pierwszy raz? - Słucham? - powiedziała. - O, nie - a właściwie: tak. Pan, mmm, pan bardzo dobrze gra. Znam pana nagrania płytowe, ale... - Głos jej uwiązł nerwowo, jak gdyby straciła wątek i nie wiedziała już, co chciała powiedzieć. Delikatnie dotknąłem jej ręki. Drgnęła, gwałtownie wciągnęła powietrze - bardzo teatralnie ~ bardzo sympatycznie. - Proszę, siadaj - powiedziałem. Kanapa stała tuż za nią. Drinka? - Nie ... nie powinnam sprawiać panu kłopotu - wydukała, jąkając się nieco. Wyciągnąłem butelki z bocznej szafki garderobianki i spojrzałem w lustro. Pokój był bardzo intensywnie oświetlony, właściwie, zbyt jasno. Sięgnąłem do wyłącznika i przygasiłem światła, pozostawiając tylko osłoniętą abażurem lampkę. Jak magicznym sposobem, w słabszym, miękkim świetle, z jej twarzy ubyło pięć lat. Słodki Boże, pomyślałem sobie. Ona musi mieć powyżej szesnastu lat! Nie wyglądała na to. Odebrała ode mnie drinka, wcale na niego nie patrząc i trzymała go w zaciśniętych palcach, jak gdyby było to coś, co należy tylko trzymać. - Ja ... ja chciałam panu powiedzieć, jak bardzo podziwiam pana grę. Planuję iść w przyszłym roku do Juilliard i... Roześmiałem się. - Nic z tych rzeczy, dziecko - powiedziałem. - Czyżbyś nie wiedziała, że nas, starych profesjonalistów, wprawia to w zakłopotanie? - Oczywiście, to ją rozbroiło. - Och - powiedziała jak mała dziewczynka. - Nie skosztowałaś swojego drinka - powiedziałem, wysuwając moją szklaneczkę tak, by krawędzie stuknęły się. - Na zdrowie! Wlała go w siebie jak wodę, twarz jej poczerwieniała, ale nie odezwała się słowem. Nie zakrztusiła się ani nie straciła oddechu. Wpatrywałem się w nią znad mojego drinka, a jej spojrzenie skierowane było prosto przed siebie, może na klamrę mojego paska albo gdzieś obok. Postanowiłem przerwać milczenie, a ona podniosła wzrok, uniosła szklaneczkę do góry i spytała: - Jeszcze jednego? Dopiłem resztę i nalałem następną kolejkę. - Wolałabyś może coś innego - spytałem. - Co? - THC, haszysz...? - Niektóre kobiety wolą to najpierw. - Och, ja nigdy... - Najlepiej pozostać przy tym, co się dobrze zna - powiedziałem, ponownie wręczając jej szklaneczkę. - Tak - odparła i pociągnęła solidny łyk. Milczenie było wyjątkowo niezręczne i zacząłem zastanawiać się, skąd Paul ją wytrzasnął. Usiadłem obok niej, ostrożnie, tak, by swym ciężarem na poduszce kanapy nie zachwiać jej równowagi. - Nie powiedziałaś mi, jak ci na imię... - Judy - odpowiedziała. Zachichotała krótko i znowu pociągnęła ze szklaneczki. - Ju - dy, Ju - dy, Ju - dy - powtarzałem, wykorzystując mój skromny zasób stylu wysławiania gwiazd kina. - Pewnie słyszałaś już to wiele razy. Skinęła głową. - Ja dorastałem jako The Earl of This and The Earl of That - powiedziałem. Obróciła się trochę., by widzieć moją twarz. - Zanim człowiek jest dorosły, zna już każdy kalambur ze swym imieniem, jaki tylko istnieje. - Tak - zgodziła się, z lekkim uśmiechem. - I wszystkie one są okropne. - Proszę o wybaczenie. - Och, nie! - wykrzyknęła, rumieniąc się. - To znaczy, ja nie mówiłam o panu. Jak kurtyna po akcie zawisła cisza, więc posłałem jej kolejny uśmiech, pochyliłem się nad nią i ześliznąłem jeden palec po nagiej skórze jej szyi i ramion. Jej oczy, ciepłe, duże, brązowe, zblokowały się z moimi w sposób, który przewidziałem, a w kącikach jej ust pojawił się nieśmiały uśmiech. Jej ciałem wstrząsnął dreszcz, ale nie odsunęła się ode mnie. Jeden duży drink i część następnego, tuż po sobie, na pusty żołądek: w i e d z i a ł e m, że mc nie jadła. To może szybko zadziałać. Pozwoliłem sobie na pieszczotliwe gładzenie palcami jej włosów na szyi, u nasady karku, a potem zsunąłem je w dół, wzdłuż kręgosłupa. Miała kosztowną suknię, z odważnym wycięciem na plecach. Jej oczy nie odrywały się od moich ani na sekundę. Wyciągnąłem drugą rękę i sięgnąłem po jej dłoń. Koniuszkami palców poczułem mromenie, jak przy przepływie prądu. Jej wargi rozchyliły się. Mimowolnie, nie uświadamiając sobie tego, zaczęła zbliżać się do mnie. Jeb szminka miała niewinny smak: szesnastolatki i wanilii. Całowała sztywno i niezręcznie. Zachwycało mnie to. Była naprawdę jedną z tych niewielu wyjątkowych dziewczyn. W chwilę później, nagle i niespodziewanie, odsunęła się na wyciągnięcie ręki i wpatrywała we mnie szeroko otwartymi oczyma. Wyglądała na zszokowaną. - Czy coś fiest nie tak, Judy? - spytałem ją troskliwie. - Nic a nic nie rozumiem - odparła. - To, to nie jest - nie mogła znaleźć właściwych słów. Na skraju stołu stał jej drink. - Weź - powiedziałem, podając go. Zacisnęła palce wokół szklaneczki, po czym niemal automatycznie podniosła ją do ust. Coś trzeba zrobić, żeby zapełnić kłopotliwy moment. Nalałem sobie kolejnego drinka. Zanosiło się na to, że tym razem będzie lepiej niż zwykle. Odstawiła szklaneczkę na stół: była pusta. - Dlaczego tu przyszłam? - spytała. Miała niewyraźny głos, w którym było słychać zakłopotanie. - Po co tu przyszłaś, Judy? - zapytałem. W tę zabawę grywałem już przedtem nie raz. Znowu zacząłem pieścić jej kark i szybę. Przymknęła oczy, nabierając marzycielskiego wyglądu. Po chwili jej oczy były znowu szeroko otwarte i wpatrywały się badawczo w modą twarz. - Nie wiem po co - odpowiedziała. Chociaż wiedziała. - Wstań - powiedziałem. Ja też wstałem i podałem jej rękę. - Ciężko mi stać - odparła. Pochyliłem się nad nią i obejmując w półuścisku, pocałowałem w ramię, odnajdując zamek błyskawiczny z tyłu jej sukni. - Co pan robi? - zapytała rozmarzonym głosem. Rozpiąłem suknię i patrzyłem, jak zsuwa się z jej ramion i układa wokół stóp. Pod spodem miała tylko mini - majteczki. Dziś całą tę resztę wszywa się od razu w suknię, co muszę przyznać wielokrotnie odnotowywałem z zadowoleniem. Pochyliłem się i podniosłem sukienkę. Powiesiłem ją na wieszaku i schowałem do szafy na rzeczy. - Czemu pan to zrobił? - zapytała, nadal stojąc. - Żeby się nie pogniotła - odparłem, celowo źle rozumiejąc pytanie. - Czy mam atrakcyjny wygląd? - spytała. Spoglądała na swoje odbicie w lustrze. Stanąłem tak, by i mnie objęła jego rama i znowu pocałowałem ją w szyję. - Ogromnie - odpowiedziałem. - Nie zdjął mi pan jeszcze majtek - powiedziała. Mocno ją wzięło. - Zdejmę - powiedziałem. - Wszystko we właściwym czasie. - Miała małe, ale bardzo dobrze uformowane piersi, a każda z brodawek unosiła się w gotowości od dotyku mych warg. - Skąd ma pan wiedzieć, jak wyglądam, skoro nie zdejmuje mi pan całego ubrania? - zapytała. Zobaczyła w lustrze mój uśmiech, a nasze oczy połączyły się znowu, aż do chwili gdy zachwiała się i przy pomocy wyciągniętej ręki usiłowała chwycić równowagę. - Kręci mi się od tego w głowie - wyjaśniła. - Proszę zdjąć mi majtki. Zdjąłem je. Właściwie nie miało to prawie w ogóle żadnego znaczenia dla pełnej wizualnej oceny jej atrakcyjności, a jednak coraz to bardziej nalegała, a ~a nie chciałem zepsuć jej nastroju. Usiedliśmy znowu na kanapie, delikatnie kąsała moje policzki i kilkakrotnie ponawiała pytanie: - Pan wie, ile mam lat? - Nie - odparłem. - Ale to nie jest ważne. - Mam szesnaście lat - powiedziała, na pół z dumą, na pół wyzywająco. Przelotnie odczułem ostre wyrzuty, ale zaraz odsunąłem je na bok. - Świetnie - powiedziałem. - Takiej młodej jak ja nie miał pan jeszcze nigdy, prawda? - Rzeczywiście, Judy. Ostatnio nie. - A wtedy, gdy pan sam miał szesnaście lat? - Nie. Wtedy nie. Zwłaszcza wtedy. - Podobam się panu? Jestem miła? - Bardzo miła, Judy. Ale trochę męcząca. - To dlaczego pan się nie rozbiera? Obróciłem jej twarz tak, że nasze oczy dzieliło mniej niż trzydzieści centymetrów. - Mam kilka haczyków, Judy. Nie rozbieram się. - Wytrzymałem jej wzrok. - Zobaczysz, że będzie równie dobrze. Intensywnie wpatrywała się w moje oczy, aż z jakiegoś powodu musiałem odwrócić wzrok. - Jestem dziewicą, panie Thomise. Wiedział pan o tym? Zacząłem już to podejrzewać. - W porządku, Judy - powiedziałem uspokajająco. - Pozostaniesz dziewicą. - Ale ja n i e c h c ę być dziewicą, panie Thomise. - Earl - powiedziałem. - Wystarczy: Earl, Judy. - Chcę, żebyś mnie przeleciał, Earl - wypowiedziała słodkimi ustami szesnastolatki. Poczułem, jak pierwsza silna fala strachu ściska mi żołądek. Przestała postępować zgodnie ze scenariuszem. Zresztą czy w ogóle i s t n i a ł scenariusz? - Judy - powiedziałem. - Jesteś bardzo młoda. Chcę ci pokazać coś miłego, ale mężczyzna w moim wieku nie... - Co jest z tobą? - spytała. Jej oczy nadal intensywnie wwiercały się we mnie. - Przyszłam tu, żebyś mnie przeleciał, a ty się teraz wycofujesz. Kim ty jesteś, jakimś zboczeńcem? - Judy - przemówiłem. - Proszę, cię. Wcale nie przyszłaś tutaj, by cię przelecieć, jak to ujmujesz. Przyszłaś tutaj z podziwu i szacunku dla pianisty - koncertmistrza o wielkim nazwisku, ponieważ jesteś uczennicą szkoły średniej i chcesz pójść do Juilliard, a ktoś pozostawił cię sam na sam z tym pianistą - koncertmistrzem o wielkim nazwisku, a ty się przestraszyłaś i wypiłaś za dużo i za szybko, a teraz próbujesz być starsza niż jesteś i coś sobie samej udowodnić. Ja jednak wcale nie sądzę, że naprawdę chcesz sobie akurat to udowodnić. Chcesz? Byłem bardzo szorstki i zdawałem sobie z tego sprawę. Nic dziwnego, że Paul wyglądał na zdenerwowanego: Judy nie była jedną z tych, które dla mnie zdobywał. Miałem wizje wielkich pieniędzy, które będzie mnie to kosztować, jeżeli nie rozegram tego w jedynie poprawny i prawidłowy sposób. O Boże, szesnaście lat! O czym ja myślałem? W tych rolniczych stanach nie uprawiają niczym kukurydzy szesnastoletnich prostytutek - to jest wyłączna domena wielkich miast. - Miałam rację - powiedziała, odpychając mnie i zrywając się na równe nogi. - Jesteś świrem i tylko świrem. Uderzyła mnie w twarz otwartą dłonią: - Jesteś świrem - po czym skuliła się na kanapie, zwinęła w nagi kłębek, wtuliła w ramiona i histerycznie płakała. Sięgnąłem po ręcznik i starłem sobie pot z twarzy. Następnie otworzyłem drzwi, ażeby sprawdzić, czy w pobliżu nie ma nikogo, kto mógłby to słyszeć. Paul stał tuż za drzwiami, tyłem do nich. Zanim zdążyłem się odezwać, odwrócił się i zobaczyłem jego białą jak papier twarz. Wpatrywaliśmy się w siebie nawzajem. - Kłopoty - powiedział. Przytaknąłem. - Taak, Paul. Westchnął, twarz miał postarzałą. - Wejdź - powiedziałem. - Zobaczymy, czy uda ci się pomóc mi ją ubrać. - Czasami robisz niemądre rzeczy, Earl - powiedział. - Taak. Ubraliśmy ją. Nie było to trudne. Na początku była usztywniona, potem wiotka, ale z rzeczami poszło łatwo. - Słyszałeś - powiedziałem. - Dostatecznie dużo - odpowiedział. - Czy tak dalece nie masz rozeznania, że to możesz tylko z prostytutkami? Wzruszyłem ramionami. Co mu miałem odpowiedzieć? Że chciałem wierzyć, że jest prostytutką, a zarazem mieć nadzieję, że nią nie jest? Ze choć raz chciałem czegoś, czego nie kupuje się za pieniądze, czegoś prawdziwego? Że nigdy nie miałem i nigdy nie będę miał szesnastu lat? Nie mówi się takich rzeczy. Nie można. Było to tak, jak gdyby człowiek rozbierał się całkiem do naga przed innymi. Nigdy tego nie robiłem. - Zajmę się nią - powiedział. - Trochę kawy, może zwymiotuje, a potem świeże powietrze i dopilnuję, żeby wróciła do domu bez skarg. - Dzięki ci, Paul - powiedziałem, obdarzając go jednym z moich najbardziej zdobywczych uśmiechów. - Za to właśnie mi płacą - odpowiedział i wyszedł, zamykając za sobą drzwi. Podszedłem z powrotem do lustra i wpatrywałem się w moje błękitne oczy przez dłuższą chwilę, wnikając głęboko w nie, jak gdyby gdzieś w ich wnętrzu zachowały się oglądane przez me obrazy i możliwe było sięgnięcie do przeszłości, doścignięcie jej - i być może ułożenie wszystkiego w zupełnie inny sposób. Potem, nareszcie, rozpiąłem zamek błyskawiczny mego ubrania, wyhaczyłem palce ze sterowników rąk, wyswobodziłem się ze strzemion i kołysząc biodrami, wyswobodziłem pośladki z łożyska protezy. Ostatni raz skłoniłem się przed lustrem, a ukłon odwzajemniła mi otyła istota z nadwagą, bez rąk i bez nóg, rozlazła i groteskowa, wyrośnięte dziecko - ofiara thalidomidu. Można dążyć do wszystkiego, czego się tylko zapragnie, ale nigdy nie można doścignąć minionej przeszłości. |
|
|
|
![]() ![]() |
|
Wersja Lo-Fi | Aktualny czas: 12.03.2010, 5:23 |
|
|